| Gazeta Wyborcza: "Jak zrzucić skórę TW Lwa?" |
|
|
|
| czwartek, 09 kwietnia 2009 14:42 | |||
Gazeta Wyborcza: "Jak zrzucić skórę TW Lwa?"Profesora Jana Stanka z Uniwersytetu Jagiellońskiego oskarżono o współpracę z SB. Żadnych dowodów nie ma. UJ nic nie robi, by sprawę wyjaśnić. Profesor z tym pomówieniem został sam Listopad 2005. "Gazeta Polska" publikuje artykuł "Agenturalne oczko na UJ" z listą 21 domniemanych tajnych współpracowników SB, którzy w połowie lat 80., mieli działać na uniwersytecie. Na liście imię, nazwisko, kryptonim, status na uczelni, wydział, kierunek, nazwisko oficera prowadzącego. Żadnych innych danych. Listę przekazała Barbara Niemiec, działaczka podziemnej "S" na UJ. Jej teczka została zniszczona, a IPN udostępnił jej jako pokrzywdzonej materiały o inwigilacji całego środowiska podziemnej "S" na UJ. Najpierw dostała pseudonimy agentów, potem wystąpiła o ich odtajnienie. Na "liście 21" swoje nazwisko odnajduje prof. Jan Stanek, fizyk z UJ. Obok pseudonim TW - „Lew". Profesor zaprzecza: - Nigdy nie byłem agentem. Wy się, kolego, oczyśćcie sami - Wielu znajomych z uczelni odwróciło się ode mnie. Podobnie koledzy z innych ośrodków. Nie zaproszono mnie np. do honorowego komitetu organizacyjnego jednej z krajowych konferencji, argumentując, że ciążą na mnie oskarżenia. Na innych zjazdach wyczuwałem oschłość kolegów, którzy wcześniej byli serdeczni - opowiada Stanek. Oskarżenia mocno przeżywa jego 90-letnia matka Działa w kółku różańcowym, w kościele słyszy "Wśród parafian znalazła się czarna owca". Szansą na oczyszczenie się miała być Komisja ds. Badania Inwigilacji UJ przez SB powołana przez rektora. Po kilku miesiącach komisja odmówiła jednak oceny sprawy Stanka, tłumacząc, że w IPN brak nie tylko teczki personalnej profesora, ale w ogóle jakichkolwiek notatek po spotkaniach esbeków z TW "Lwem". Ale zarazem komisja zdecydowała, że do wyjaśnienia sprawy Stanek nie może pełnić żadnych funkcji kierowniczych. Profesor był wówczas szefem Zakładu Fizyki Medycznej UJ. Do kolejnych wyborów nie stanął - sprzeciwili się dziekan i uczelniana „S". Drugi wniosek komisji - Stanek ma „wyjaśnić swój status", ale samodzielnie. W zasadzie nic o was nie mamy Fizyk rozpoczął poszukiwanie dowodów swojej niewinności. Zaczął od IPN. Tam przez kilka miesięcy w ogóle nie chciano mu wydać informacji na jego temat, zasłaniając się brakiem ustawowych "instrukcji postępowania". - Dopiero po interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich IPN udostępnił mi przygotowane przez archiwistów w 2006 roku opisy dokumentów w rzekomo mojej sprawie, zamiast oryginałów. Poprosiłem o możliwość zapoznania się z oryginałami. Odmówiono. Zwodzono mnie wiele miesięcy, w końcu stwierdzono, że w archiwach Instytutu już ich nie ma. Okazało się więc, że IPN nie ma żadnego dokumentu świadczącego o mojej rzekomej działalności jako TW - mówi Stanek. Co było w opisach? - Głównie wnioski wyjazdowe i podania o paszport. W jednym opisie było, że zarejestrowano TW „"wa" o takim a takim numerze, w drugim - że numer tego TW odpowiada moim danym osobowym. Dowodu na to ani śladu - mówi profesor. Prof. Stanek wystąpił do IPN o przyznanie statusu pokrzywdzonego. W marcu 2006 r. odmowa. Tę decyzję profesor zaskarżył do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, który miesiąc później uchylił postanowienie IPN. Sąd podkreślił, że nie tylko nie ma żadnych dowodów, że Stanek był TW, ale są dowody, że był szykanowany przez SB. Statusu pokrzywdzonego jednak nie dostał - bo weszła już w życie nowa ustawa lustracyjna, która tego nie przewiduje. Profesor złożył doniesienie do IPN o popełnieniu przez SB przestępstwa komunistycznego, czyli bezprawnego zarejestrowania go jako TW. Kpt. Wasko, który według IPN miał być jego oficerem prowadzącym, udowodnił przed prokuratorami IPN, że nie rejestrował fizyka pod żadnym pseudonimem. Twierdził, że Stanek to nie TW „Lew". Komisja by pomogła, ale nie istnieje Prof. Stanek ma wyrok sądu, oczyszczające go zeznania kpt. Waśki, pokaźną dokumentację. Jeśli nie ma szans na status pokrzywdzonego, chce się przynajmniej oczyścić na uczelni. Na przełomie lat 2007-08 napisał do dziekana, rektora, przewodniczącego Rady Instytutu Fizyki i przewodniczącego Komisji ds. Inwigilacji. Pytał, czy w ich opinii dopełnił już obowiązku oczyszczenia się z zarzutów. Odpowiada mu rektor prof. Karol Musioł. Pisze, że „nie jest sędzią w tej sprawie", i odsyła Stanka do Komisji ds. Inwigilacji. Ale komisji już nie ma, zakończyła działalność osiem miesięcy wcześniej. „W swojej sprawie proszę się zwracać do swoich przełożonych drogą służbową" - odpowiada profesorowi były przewodniczący komisji. Stanek jest bezsilny. Zwraca się o pomoc do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która pod koniec zeszłego roku wzywa władze UJ, by znalazły metodę, która da oskarżonym pracownikom szanse obrony. Apel pozostaje bez odzewu. O TW "Lew" pamięta już tylko profesor W akcie desperacji profesor zwrócił się do Senatu UJ. "Nie mam już żadnych ambicji kandydowania na jakiekolwiek funkcje publiczne czy kierownicze, przez lata pozostałe do emerytury chcę się zajmować tylko działalnością dydaktyczną. Nie interesuje mnie już, kim był TW "Lew". Walczę tylko o moje dobre imię" - pisze Jan Stanek, domagając się od uczelni wypracowania procedury, która umożliwiłaby pomówionym całkowite oczyszczenie się. Rektor Musioł jako przewodniczący senatu odpisuje, że gremium to nie czuje się powołane do oceny. „Proszę się więc nie spodziewać, że zostaną podjęte nowe działania, które by tę decyzję senatu zmieniały" - czytamy w liście od Musioła sprzed dwóch miesięcy. - Trzy lata temu mój uniwersytet stał się najbardziej radykalną uczelnią w Polsce w kwestii lustracji. Zostałem pomówiony, ale władze uczelni nie tylko mi nie pomogły, ale arbitralnie, przy udziale mediów, potępiły. A teraz uczelnia nie jest zainteresowana wyjaśnieniem prawdy - mówi prof. Stanek. Zamierza wystąpić do sądu o autolustrację. - Nie wnikałam, na jakiej podstawie IPN ustalił, kto kryje się pod jakim kryptonimem - mówi dziś Barbara Niemiec. Marek Lasota, dyrektor krakowskiego IPN: - Przed laty pracownicy IPN ustalili, że TW "Lew" to Stanek, na podstawie zapisów w ewidencji. Dla osób posądzonych o współpracę te dane są niejawne. Dla sądu - tak, ale bywa, że na podstawie tych samych dokumentów sędzia, zwłaszcza sądu administracyjnego, dochodzi do innych wniosków niż historyk. Prof. Krzysztof Królas, szef nieistniejącej Komisji ds. Inwigilacji, niechętnie wspomina lustracyjne rozliczenia - Działaliśmy tylko przez rok, bo na taki okres zostaliśmy powołani przez senat. Nie mieliśmy dostępu do żadnych materiałów. Zapomniałem już o tamtej sprawie. Teraz bardziej interesuje mnie synchrotron, nad którym pracuję. To pożyteczniejsze dla kraju niż lustracja - mówi. Pytamy o prof. Stanka. - To mój kolega. Też jestem fizykiem. Widujemy się na korytarzach. Kontaktują się pisemnie. Zanim lustracja rozszalała się na UJ, razem chodzili po górach.
Magdalena Kursa, Rafał Romanowski
KOMENTARZ Ewa Siedlecka Gazeta Wyborcza Przed rokiem opisałam historię bydgoskiego dziennikarza Marka Faściszewskiego. Lokalna telewizja publiczna i "Express Bydgoski" poinformowały, że był współpracownikiem tajnych służb, nie sprawdzając tej informacji. Kiedy okazało się, że zobowiązanie do współpracy było sfałszowane, a w teczce Faściszewskiego jest notatka esbeka, że stanowczo odmówił donoszenia - nikt go nie przeprosił i nadal jest towarzysko i zawodowo bojkotowany. Nie może znaleźć pracy. Mimo że nawet Rada Etyki Mediów, której się poskarżył, uznała, że pomówiono go z naruszeniem zasad dziennikarskiej rzetelności. W akcie rozpaczy wystąpił do sądu o autolustrację - według nowej ustawy lustracyjnej każdy publicznie pomówiony o agenturalność ma prawo złożyć taki wniosek do sądu. Ale chociaż jego teczka liczy zaledwie kilka stron, a jej kserokopia (wykonana do celów pracy magisterskiej dziennikarza Radia RMF Marcina Friedricha) krążyła po Bydgoszczy, IPN od blisko roku nie przesyła jej sądowi, blokując rozpoczęcie procesu lustracyjnego. I może blokować do woli, bo przepisy lustracyjne nie nakładają na IPN żadnego terminu przesłania akt. Wytknął mu to dwa lata temu Trybunał Konstytucyjny i zalecił, by lukę uzupełnić. Jednak mimo gorących zapewnień polityków rządzącej koalicji, że trzeba koniecznie ukrócić samowolę IPN i ucywilizować lustrację, nie pojawił się żaden projekt nowelizacji łatający nieprawidłowości wskazane w wyroku Trybunału. Obawiam się, że gdyby nawet profesor Jan Stanek zechciał skorzystać z autolustracji jako drogi do oczyszczenia się z podejrzeń, może się to okazać drogą przez mękę. Nie mówiąc już o tym, że samo w sobie poniżające jest publiczne poddawanie się wiwisekcji tylko dlatego, że ktoś zechciał na niego rzucić nie wiadomo na czym oparte podejrzenie. Taką drogę do oczyszczenia przez poniżenie zgotowało swoim obywatelom państwo. Z historii prof. Jana Stanka i Marka Faściszewskiego wynika jeszcze jedno - lustracja wydobywa z ludzi najgorsze cechy: oportunizm, tchórzostwo, asekuranctwo. Wszyscy umywają ręce, byle nie narazić się na podejrzenia utrzymywania niewłaściwej znajomości czy też nieutrzymywania czujności rewolucyjnej (czytaj: lustracyjnej). Podobnie było z komunizmem: ludzie zapisywali się do PZPR, żeby dostać talon na samochód, podwyżkę czy awans. Chodzili na wiece, gdzie potępiali np. "elementy podszywające się podklasę robotniczą" podczas radomskiego Czerwca ‘76. A potem puszczali oko do znajomych: widzicie, do czego ta komuna człowieka zmusza... Oj, do czego lustracja zmusza niektórych profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego...
Źródło: Gazeta Wyborcza (9 kwietnia 2009)
|








